O autorze
Celuloidowy fetyszysta

Polskie kino na mieliźnie

Robert Więckiewicz w roli Adolfa Hitlera
Robert Więckiewicz w roli Adolfa Hitlera Zwiastun "Ambassady" (2013), dystr. Next Film
Do premiery „AmbaSSady” Juliusza Machulskiego mamy jeszcze trochę ponad miesiąc, a dopiero przed kilkoma dniami pojawił się zwiastun tej komedii podpisanej przez człowieka, który dał nam wszystkim kilka niewątpliwych klasyków, których tytułów nie ma potrzeby przypominać, wszak każdy je dobrze zna. Nie pojawił się jednak jak dotąd ani oficjalny lub mniej oficjalny plakat, a jedyne dostępne zdjęcia bohaterów, to najczęściej fotosy z planu filmowego. Fan page? No skądże. Precyzyjnie wycelowana kampania reklamowa, macki PR-owe owijające wyobraźnię mediów, virale? Niestety.

Dzisiejsza rzeczywistość to przede wszystkim zabawa zaskoczeniem. Z racjonalnego punktu widzenia ludziom należy dawać to, czego oni oczekują – a oczekują tego, co jest im dobrze znane, co jest bezpiecznym, przewidywalnym wyborem. Do świeżych warzyw dosypać szczyptę pikanterii, dorzucić garstkę oryginalnej idei i może wyjść z tego zjadliwa zupa. Zamiast tego od lat do garnka wrzucane są mrożonki, nie raz wartościowe pod względem odżywczym, lecz pozbawione smaku, do tego z fetorem uprzedzeń unoszącym się nad talerzem. Można zjeść, ale sposób przygotowania dania mówi wiele o kucharzu.



Marketing filmu najbardziej komercyjnego z komercyjnych reżyserów leży i kwiczy, jakby sami twórcy nie wierzyli w powodzenie filmu. Nie jest to jednak wyjątek w rodzimej kinematografii – promocja filmowa nad Wisłą od zawsze wykazywała się niechlujnością, nijakością oraz ogólnym marazmem i to pomimo raz lepszej, raz gorszej jakości dzieł.



Przypatrzmy się „AmbaSSadzie” – najpopularniejszy obecnie polski aktor, Robert Więckiewicz, gra Hitlera, w którego buty wskoczył zaraz po zagraniu Lecha Wałęsy i tuż przed wejściem w rolę alkoholika prosto z powieści Pilcha. Obok niego, w roli Ribbentropa – Adam „Nergal” Darski. Scenariusz i reżyseria – twórca „Seksmisji”, „VaBanku” i „Kilera”. O czym? O podróżach w czasie z dużą dawką absurdu w tle. Bez względu na efekt finalny, to film, którym wszyscy mogliby żyć od wielu miesięcy opierając swoje zainteresowanie na obsadzie i kontrowersyjnym pomyśle. Zamiast tego mamy permanentną ciszę w temacie przerwaną jedynie żałosnym zwiastunem, zrobionym byle jak i na odwal – bo niby być musi.

Podobnie wygląda sytuacja z filmem Małgośki Szumowskiej (swoją drogą, co złego jest w imieniu Małgorzata?) „W imię…”, do którego plakat, pozbawiony jakichkolwiek właściwości, zadebiutował kilka tygodni temu. Słyszeliście o filmie „Wszystkie kobiety Mateusza”, który wszedł do kin w ostatni weekend? Ja tez niewiele słyszałem. Co dziwne, jego słabiutki zwiastun pojawił 14 miesięcy przed premierą (!), lecz Kino Świat, dystrybutor, zdecydował się wspierać bardziej film Artura Więcka dopiero przed paroma tygodniami. Zwiastun „Ostrej randki 3D” zadebiutował kilka dni przed premierą kinową (a szkoda, bo to wesołe dzieło campowe, tak złe, że aż pocieszne). „W ukryciu” bawi się konwencją thrillera, co sugeruje tragiczny teaser (z przedziwnym efektem wizualnym). „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy, które na początku października wchodzi do kin w glorii zwycięzcy festiwalu w Montrealu, nie ma do dzisiaj swego zwiastuna! Zapowiedziane na listopad „Płynące wieżowce”, głośny projekt Tomasza Wasilewskiego, ma na YouTube reprezentantów w formie niezgrabnego teasera i czegoś, co nazwano trailerem, ale trudno nazwać zbiór przypadkowych scen zwiastunem filmu. „Papusza” Krzysztofa Krauze i Joanny Kos-Krauze owszem, ma ciekawy plakat, lecz zwiastun to po prostu 4-minutowy zbiór scen – intrygujący, lecz wymuszający zbyt duże pokłady cierpliwości (dokładniej dwa razy dłuższe niż poprawnie zrobiony trailer). Wyjątkiem wydawał się być „Wałęsa. Człowiek z nadziei” Andrzeja Wajdy, którego kampania zaczęła się przed pół roku wzbudzającym dyskusje plakatem i teaserem, który zapowiadał coś niebanalnego (przynajmniej w formie), jednak finał kampanii to mocno przeciętny zwiastun oraz nieszczególny plakat.



Od lat widać, że nikt kompletnie nad marketingiem dzieł filmowych nie panuje. Choć twórcy i producenci są świadomi istnienia grup docelowych, robią jednak niezbyt wiele, aby wyjść poza ograny od lat schemat – plakaty robione są w większości przypadków na jedno kopyto (słynne „białe tło” w promocji każdej komedii romantycznej), z niestarannie dobraną typografią, przypadkową kompozycją całości i żenującymi hasłami towarzyszącymi niemrawym kampaniom. Zwiastuny pozbawione są płynnej narracji, ciekawego montażu, brakuje w nich zabawy dźwiękiem i muzyką – to stoi w opozycji do tego, czym jest i może być współczesny zwiastun filmowy, w którym przecież od razu można zauważyć aspiracje i ambicje twórców filmu!
Taki zwiastun jest oglądany, ludzie się nim dzielą, lajkują, dyskutują – nikt, zajmujący się dzisiaj promocją filmu, nie może ignorować siły mediów społecznościowych, które generują – co oczywiste – trendy, na których z kolei zasadza się popularność dzieł.

Dziwić się marnemu obrazowi polskiej kinematografii na arenie międzynarodowej nie można. Do Ligi Mistrzów, jaką są główne konkursy festiwali w Cannes, Berlinie czy Wenecji, od lat nie możemy się dostać (wyjątkiem w tym roku było praktycznie zignorowane „W imię…” na Berlinale), nie mówiąc już o odegraniu ważnej roli. Targi filmowe, towarzyszące festiwalom, na których stoiska polskiej kinematografii są oczywiście obecne, to najczęściej obraz nędzy i rozpaczy - ot, lada z ulotkami i ładna pani rozdająca cukierki. Obecność polskich filmów na ekranach kin świata – w regularnej dystrybucji - sprowadza się do zaistnienia w kinach studyjnych, gdzie cieszą się nikłym powodzeniem (i tak naprawdę dotyczy to kilku nazwisk: Wajdy, Skolimowskiego, Jakimowskiego czy Szumowskiej). Słabo – to mało powiedziane.



Nie można wykpić się niskim budżetem – kreatywność nie zna swej ceny i może być przecież uruchomiona także za grosze. Nie powinno się ignorować znaczenia dobrego plakatu czy intrygującego zwiastuna w tak zwanym kinie artystycznym lub autorskim, bo będzie to raczej dowód na irytujące lenistwo niż potwierdzony brak potrzeby prowadzenia jakichkolwiek działań. Oczywiście, liczy się temat – niezbyt zajmująca kampania „Drogówki” Wojtka (dlaczego nie Wojciecha?) Smarzowskiego potrafiła zwabić do kin milion widzów. Przerysowane „Bejbi blues” to kolejne kilkaset tysięcy, podobnie jak „Sęp”, który zdobył spory rozgłos. Ale to się dzieje samo z siebie, siłą marketingowego bezwładu, nie budując z siebie MARKI, utwierdzając wszystkich w dotychczasowych przekonaniach odnośnie kina polskiego (bez względu jakie by one nie były). „Polskie kino” – mało odważnie, po najmniejszej linii oporu, z nikłym zawodowstwem, często takie artsy-fartsy, które nie obchodzi prawie nikogo, albo romantyczna tandeta z warszawką w tle. Takie często niesprawiedliwe skojarzenia można byłoby zwalczyć zaskakującym zwiastunem, świeżym plakatem, nieprzewidzianym viralem – to tak proste, że aż banalne. Nic nowego, nic odkrywczego, same oczywistości – dlaczego jednak polskie kino jest tak nieoczywiste w tej kwestii?

Film to produkt. Lepiej – to produkt państwowy, wszak robiony w dużej mierze dzięki wsparciu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, np. Juliusz Machulski otrzymał 1mln dotacji oraz 1,6mln pożyczki od dyrektor PISF. Dlatego domaganie się długofalowej strategii marek, jakimi są konkretne filmy dostające wielomilionowe dofinansowanie, nie jest tylko czczym gadaniem. To tylko troska o dobro wspólne :)
Trwa ładowanie komentarzy...